Czytelników zdziwił zapewne brak jakiejkolwiek aktywności na blogu w ostatnim tygodniu. Sam byłem nie mniej zdziwiony, ale jak się okazało to efekt Great Firewall of China o czym możecie przeczytać na poniższym screenie.
Jak pamiętacie w ubiegłym roku też byłem w Chinach. Do Guangzhou dostałem się autobusem z Hongkongu, dawnej kolonii brytyjskiej, gdzie internet działa jak na całym świecie. Jak sądzę ten fakt pozwolił mi jakimś cudem na posiadanie ograniczonego dostępu do internetu, nawet jeśli GPS podawał złą lokalizację, to jakąś orientacyjną, aktywną mapę miałem,.
Tym razem do Shanghaju nie dostałem się drogą lądową, która pozwoliłaby zachować internet, przebywałem bowiem przedtem na 'najcenniejszej wyspie świata'. Tajwan działa podobnie jak Hongkong: nie ma cenzury, google nie jest blokowany, GPS działa, tłumacz też, zaś wasze komentarze mogłem publikować bez problemu w pierwszym tygodniu pobytu za granicą. Nic dziwnego, wszak wyspa ta jest dalej niezależna od Chin, a nawet gdy już będzie, to zapewne działać będzie podobnie jak Hongkong, który do Chin wrócił już pod koniec ubiegłego wieku, a z netem dalej nie ma problemu.
Zatem drugi wjazd do Chin wyglądał już zupełnie inaczej. Skorzystałem z samolotu, więc internet został całkowicie odcięty. W hotelu oczywiście internet jest i strony takie jak interia czy meczyki działają. Działają także apki bankowe więc przelewy można było robić. Zakaz dotyczy głównie google od którego ten blog jest zależny.
Zanim jednak poleciałem do Szanghaju dzień przed wylotem dostałem informację, że mój lot został odwołany ze względu na siejący spustoszenia supertajfun Bavi. Wszystkie banki w Tajpei zostały w piątek zamknięte, supermarkety także. Większość lotów zostało odwołanych, oferując pasażerom w zamian loty zastępcze przez porty pośrednie.
Po wjeździe do Shanghaju poczułem się niczym Alicja, która wpadła do króliczej nory, gdzie wszystko jest inne niż na górze czyli poza murem. Do świata w którym nic nie było takie jakie znam, bez możliwości korzystania z bloga, poczty google, tłumacza, YouTube czy GPS. W efekcie publikowanie jakichkolwiek komentarzy tutaj stało się niemożliwe, zaś poruszanie się po mieście przypominało lata 90te, gdy jeszcze nie było komórek i używało się papierowej mapy.
Podróżowanie rozszerza horyzonty? Raczej uświadamia, że świat pędzi coraz szybciej do przodu jak oszalały i musimy dostosować się do nowych realiów. Nie da się już dziś podróżować stopem przez Europę z namiotem jak to było w czasach moich studiów. Ba, nie działa także stosowany do niedawna sposób kierowania się do najbliższej kafejki po internet by aktywować dostęp do aktywnego GPS czy opublikować bieżące komentarze na blogu.
Już na lotnisku w Amsterdamie okazuje się, że nie tylko nie ma tam darmowego wifi, a przynajmniej ja takowego u mnie nie miałem, dodatkowo także Starbucks nie oferuje już kodu dostępu do wifi nawet przy złożeniu zamówienia. W Szanghaju zaś działał mi internet tylko do strony pozwalającej wypełnić formularz wjazdowy, zwykłego połączenia nie udało mi się zrobić, pojawił się za to komunikat o błędzie.
Jako ciekawostkę dodam, że Chińczycy mają dziwną przypadłość, że nie odbierają klienta z lotniska czekając z tabliczką z imieniem i nazwiskiem do czego przywykłem w innych częściach świata. Zamiast tego wysyłają wskazówki jak dojść do ich taksówki, którą zawożą klienta do hotelu. Myślałem, że tylko HongKong tak ma, ale jak się okazało w Szanghaju było podobnie i dostałem taki screen jaki widać niżej.
Ponieważ nie mam komórki z możliwością używania eSIM, wziąłem ze sobą dwa smartfony z zamiarem zainstalowania na drugim lokalnej karty SIM. Okazuje się jednak, że taki lokalny SIM też posiada opisane powyżej ograniczenia z blokadą google na czele. Chińczycy promują bowiem swoje alternatywy: przeglądarką jest baidu.com nazywaną chińskim google, oczywiście cała po chińsku i niezwykle trudno tu nawigować. Podobnie jest w przypadku bilibili czyli odpowiednika YouTube.
Na szczęście gotówką da się załatwić tu wszystko. Jeszcze się da, bo na stacji metra większość maszyn do zakupu biletów pozwala na płatności bezstykowe, a tylko jedna przyjmowała banknoty i monety. Gdy się zacięła i zwracała w kółko wrzuconą gotówkę pozostało skorzystać z uprzejmości lokalsa, który przyjął gotówkę i zapłacił swoją komórką.
W końcu udało wydostać się z króliczej nory, jest ona jednak niezwykła przez swą inność. Trzeba będzie przestawić się na nowe realia i przy kolejnym przyjeździe tutaj mocniej przygotować sie na niespodzianki. Był ktoś z Was w tym kraju i zdołał jakoś z obejść blokady jaką tutaj używają w stosunku do Google? Czy też nie ma to sposobu i trzeba się pogodzić z innymi realiami już na start?





Podobno wystarczy użyć VPN i omija się wszystkie blokady.
OdpowiedzUsuńDzięki za podpowiedź. Niebawem znów się wybieram choć już w inne rejony, a teraz dopiero widzę dzięki youtube co przeoczyłem w samym Shanghaju. Ich poradniki papierowe czy porady lokalsów to nie to samo co zobaczenie wrażeń innych osób na video, gdzie od razu widać co pasuje dla danej osoby, a co nie.
UsuńCiekawe czy przenosne Starlinki tez sa blokowane na satelite?
OdpowiedzUsuń